Wejście do firmy stanowiły szklane obrotowe drzwi, skojarzyły mi się od razu z naszą galerią. Trzymając kubki z kawą jechaliśmy schodami ruchomymi w górę.W obwodzie była winda, przed którą oczywiście pan Zet się zatrzymał zdziwiony, że ja tego nie zrobiłam. Pokiwałam tylko głową i wskazałam na windę. Skapitulował i tak jechaliśmy cztery piętra schodami. Mogłam podziwiać wnętrze ogromnego budynku, nad zaprojektowaniem którego zapewne stał zdolny architekt. Czuło się lekkość i spokój. U celu jeszcze bardziej się zdziwiłam, oczywiście miło. Delikatna muzyka z niewidocznych głośników, szczery uśmiech sekretarki na powitanie. Domowa atmosfera - przyszło mi na myśl - obym się nie zdziwiła.
Zaprowadzono nas do pomieszczenia, które było podzielone na stanowiska z biurkami i komputerami. Wszyscy są w jednym miejscu, ale jakby każdy ma swoją odrębną przestrzeń do pracy. Przez kilka dobrych godzin rozmawiałam z pracownikami, robiłam notatki i nagrywałam na dyktafon. Pan Zet zniknął, chociaż według planu to on miał mi przybliżyć specyfikę firmy. Może to i dobrze, po sytuacji w aucie nie bardzo mam ochotę z nim rozmawiać. Tak, jestem obrażona. Taka jestem, nie umiem się z siebie śmiać. Kiedy zaczęło mi burczeć w brzuchu, spytałam recepcjonistkę gdzie mogłabym zjeść coś bezglutenowego w pobliżu. - Pani Fado, za piętnaście minut jest pani zaproszona na obiad z szefem - przekazała mi tą informację z takim uśmiechem, aż sama się uśmiechnęłam. Z głodu ludzie! Bo na pewno nie z możliwości zjedzenia obiadu z osobą, przy której nie dość, że zasnęłam to jeszcze chrapałam. O raju! - Fado, tu jesteś! - krzyknęła Baśka przez pól korytarza - wysoka szatynka o nieziemsko błękitnych oczach, która zajęła się mną tutaj, gdy zniknął pan Zet. - Jestem Basiu, właśnie miałam zamiar coś zjeść, ale pani - wskazałam na sekretarkę - mnie poinformowała... - nie zdążyłam skończyć. - Tak! Bartosz już na nas czeka na dole w aucie, głodna? - objęła mnie w pół prowadząc w kierunku szatni, z której wzięłyśmy płaszcze i wyszłyśmy na zewnątrz. Rześkie powietrze i rzucające na moją twarz promienie jesiennego słońca zatrzymały mnie. Zamknęłam oczy na chwilkę smakując tą chwilę. - Fado! Idziesz czy chcesz się najeść samym powietrzem! - rzuciła Baśka wsiadając na tył auta i otwierając mi tym samym przednie drzwi. Serce podeszło mi do gardła. Baśka całą drogę relacjonowała panu Zet o tym, jak to świetnie i rzeczowo poradziłam sobie z przekazanymi mi informacjami. Rzucała w moim kierunku same ohy i ahy. Na co pan Zet odpowiadał tylko zdawkowo " ciesze sie, to swietnie i tak dalej". Droga do bistro nie była długa, a ja straciłam już nadzieję, że będę mogła tam zjeść coś dozwolonego. Ale! Okazało się, że specjalnie dla mnie wybrali knajpkę, gdzie mogłam zjeść bez konsekwencji zdrowotnych. Byłam tak głodna, że nie zwracałam uwagi na moich towarzyszy, zamówiłam kilka dań zwieńczonych deserem i kiedy już to wszystko zjadłam podniosłam w końcu wzrok. Patrzyli na mnie z taką troską w oczach, jakbym nie jadła od wieków. - Dziękuję - powiedziałam i wyszłam na zewnątrz w końcu zajrzeć do telefonu. Grubo! Kilkanaście wiadomości od dziewczyn i połączenia od Lubego. Siedział jeszcze w pracy i wychodziło na to, że wrócimy do domu o podobnej porze. Nie miałam ani chęci ani sił opowiadać mu przez telefon, stwierdziłam, że rozmowa będzie odpowiednia ale po powrocie. - Wszystko ok Fado? - usłyszałam w słuchawce. - Tak, jestem zmęczona po prostu, dużo informacji do przetworzenia w mózgu. - Dasz radę, do zobaczenia w domu - zakończył rozmowę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Cześć! Dziękuję, że znalazłaś/eś czas by zajrzeć do mnie. Mam nadzieję na kolejne wizyty. Pozdrawiam. Daga