poniedziałek, 15 stycznia 2018

17. Rozdział szesnasty

Wdech wydech. I tak jeszcze z dziesięć razy, muszę się uspokoić i pokonać strach. Nic się nie dzieje, to tylko ciut za szybka jazda samochodem. Niestety, już nawet myśli o uratowanych notatkach nie pomagały. Ale oddycham dalej... wdech i wydech. Czuje mrowienie na języku i na całym ciele. To dobry znak. Paraliż mija. Jest dobrze. Czuje, jak ślina spływa mi kącikiem ust. Powoli mogę rozchylić usta. Ruszam palcami. Brawo Fado! Brawo Ty!
 I kiedy już otwieram oczy i powolutku unoszę lewą rękę, by dać Panu Zet znak, że - Sorry ale ja tu mało nie zeszłam z tego świata a ty chcesz być królem autostrady - widzę, jak z przodu przed nami migają światła awaryjne samochodów. Jest półmrok. To jest sekunda, kiedy chce krzyknąć do Pana Zet " HAMUJ!!"  wbijamy się maską w kolumnę aut. Słyszę rozgniataną blachę, krzyki, włączone klaksony. Przed oczami migają mi awaryjne światła innego samochodu... ale chwila, one są  przecież na wyciągnięcie mojej dłoni. Próbuje więc ich dotknąć. Ale nie mogę się ruszyć. Znowu paraliż. Znowu to samo...
Obok mnie ktoś się rusza, to chyba Pan Zet - tak sądzę, bo nie mogę obrócić głowy. Ten ktoś przeklina, o zgrozo! Rzuca mięsem lepiej niż ja sama potrafię. To nie jest pan Zet. Nie on.
Nagle ktoś ciągnie na drzwi z mojej strony. Raz, drugi, trzeci. W końcu puszczają. Nie wiem ile czasu to trwa. Nie wiem w ogóle co ja tu robię. Boli mnie głowa, jest dziwnie przekrzywiona, ale przez ten paraliż nie mogę zmienić jej położenia. Dochodzą do mnie jakieś zdania. Nie wiem czy to jawa czy sen. Mam zamknięte oczy.
 Ale słyszę.
Doskonale.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Cześć! Dziękuję, że znalazłaś/eś czas by zajrzeć do mnie. Mam nadzieję na kolejne wizyty. Pozdrawiam. Daga