Gdzieś w środku nocy zabrałam z kuchni kopertę, którą dał mi pan Zet. Chciałam sobie wszystko poukładać od samego początku. Jakim cudem udało mu się dokonać takiej intrygi i dlaczego ja się tego nie domyślilam? Czy popełniłam jakiś błąd? Czy zrobiłam coś złego, coś co może go zachęciło do tego, nawet sama nie wiem jak to nazwać. Boje się o swój los. Mimo, iż wiem co mnie czeka i w innych okolicznościach skakała bym pod sufit. Ale nie tu, nie teraz.
Patrzę na zdjęcia Lubego, na zdjęcia dziewczyn. Dotykam fotografii i tak bardzo za nimi tęsknię. Mam tyle pytań. Tyle wątpliwości. Kim jest ta dziewczyna w naszym ogródku lepiąca bałwana z moim mężem. On się uśmiecha! Widzę to i czuje. Czy uwierzył w ten list, wysłany przez Pana Zet? Czy dziewczyny również się na to nabrały? Przecież mnie znają! Oni wiedzą, że ja nigdy! Że to do mnie nie podobne! - chce mi się ryczeć, ale się powstrzymuje. Teraz kiedy w końcu wiem, jaka jest sytuacja chce mieć siły, by dać radę i wierzę, że jeszcze wrócę do domu. Chociaż nawet nie wiem, gdzie jestem. Dowiem się. Potrzebuje tylko do tego planu, ale takiego by ani Baśka ani tym bardziej pan Zet się nie domyślili.
Więc od początku:
Już na pierwszych zajęciach, kiedy zupełnie nieświadoma podjęłam się przygotowania kampanii reklamowej nie był to przypadek. Pan Zet wykorzystał chwile mojej nieuwagi i tak zmanipulował sytuację, że się zgodziłam. To dało mu wtedy pewność, że do swojego pokręconego - choć uważam to za delikatne określenie - planu wybierze właśnie mnie.
Zrobił dokładne śledztwo na mój temat, dowiedział się o mnie wszystkiego ze szczegółami od kołyski aż do teraz. To przerażające. Dodatkowo nasza sytuacja z Lubym, czyli to, że nie mamy dziecka - jak to ujął " sprawiła mu jeszcze większą frajdę i bardziej zmotywowała do realizacji planu ". Wypytywał naszych sąsiadów, mało tego śledził mnie. Nie wiem jak i kiedy. Ale opowiedział mi ze szczegółami moją rozmowę z dziewczynami w Staszica. Owszem. Nie byłyśmy cicho ale ja dokładnie rozejrzałam się wtedy po kawiarni. Teraz sobie myślę, że musiał być tam podsłuch. Kiedy we Wrocławiu zostawiłam torebkę w bistro odbili mój klucz do domu. Był tam. W moim domu, gdy Luby był na nocnej zmianie. Stał nad moim łóżkiem. Pokazał mi nagranie, jak odgarnia mi włosy z czoła. A ja się nie obudziłam.
Do domu podrzucił spreparowane dowody, tam też zostawił list, w którym informuję Lubego, że odchodzę. Że zostawiam go... Że potrzebuje pełnej rodziny, by czuć się wartościowa. Matko, co za parszywy sytuacja. Ja wprawdzie miałam od dłuższego czasu problem z instynktem macierzyńskim, ale praca i straż zupełnie pozwoliły mi o nim zapomnieć. Dobra. Nie da się zapomnieć. Ale schowałam to z tyłu głowy a Luby dobrze o tym wiedział. Mógł pomyśleć, że to prawda. Ale nie zrobił tego. Zna mnie i wie, że ja nigdy nie zdecydowała bym się odejść, nawet jeśli nie mogę mieć tego co mnie uszczęśliwi. Wierzę, że on nie poddał się tej intrydze a jeśli ma jakieś wątpliwości dziewczyny wybiją mu je z głowy. One dostały takie same listy. Nie mogę uwierzyć, jak przeglądam zdjęcia i widzę je uśmiechnięte, jak moje miejsce zajmuje ta dziewczyna. Nawet nie wiem kim ona jest. Póki co nie będę się tą myślą zadręczać. Powinnam skupić się na planie wydostania się stąd. Ale zanim to nastąpi, muszę robić wszystko czego oczekuje ode mnie pan Zet. Uśpić jego czujność. Chociaż wiem, że będzie to trudne. Chce wrócić do domu, chce zapomnieć o tym co mnie tu spotka. Mam tylko nadzieje, że zdążę zanim pan Zet zdecyduje się przejść do finału tego planu. Wtedy, będę się musiała modlić, żeby to czego tak bardzo od lat pragnę, nie dokonało się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Cześć! Dziękuję, że znalazłaś/eś czas by zajrzeć do mnie. Mam nadzieję na kolejne wizyty. Pozdrawiam. Daga