Poniedziałek, 3 października
Nie obyło się bez zakupu kalendarza, w którym muszę wszystko zapisywać, by zapamiętać. Tak dużo się dzieje. Sama tego chciałam. I to był mój wybór. Ostatnie kilka dni wzbudziły we mnie tak skrajne emocje, że nie da się tego opisać. Żeby się z tym oswoić potrzebowałam się konkretnie uwalić alkoholem, by zapomnieć co za rewolucję postanowiłam nam zaserwować na końcówkę roku. Nie, ja nie żałuję, żeby nie było. Obiecałam sobie, że to będzie pierwsze w toku rewolucji i ostatnie w tym roku picie soku z gumijagód. I słowa dotrzymam.
Wracając do weekendu:
Pierwsze zajęcia to były sprawy organizacyjne, poznanie grupy, Na szczęście nie jestem w niej najstarsza. Jest też kilka znajomych twarzy są i takie, które wywołują u mnie uśmiech numer pięć... Okazało się, że na TOR'rze jest całkiem fajna i jak się po niedługiej chwili okazało, mimo kilku wyjątków zgrana ekipa. Każdy kierunek ma swoją salę, gdzie będą odbywać się podstawowe zajęcia i to mi się spodobało. Nasza sala jest nie duża. Ma dwa okna i wiele gwoździ wbitych w ściany. Oczywiście wykorzystamy je wieszając co kto przyniesie jutro. Zrobi się domowo. To będzie coś jak nasz azyl. Grupa liczy dwadzieścia osób a opiekunem jest manager jednej z dolnośląskich firm, który dorabia sobie jako wykładowca między innymi marketingu. No jako kobieta muszę poświęcić mu kilka minut, bo jest na co zwrócić uwagę. Wysoki, krótko ostrzyżony blondyn z bródką modną w tym sezonie. Ma szczery uśmiech i dziwne oczy, niby na ciebie patrzą ale jakby błądziły w oddali. Głos ma donośny ale stanowczy. Nie starał się zrobić na nas wrażenia. Raczej chodziło mu o to, by nas bliżej poznać. Myślę, że będzie się nam dobrze współpracować, to znaczy się uczyć. Gość ma gadane i widać, że zależy mu na przekazaniu nam konkretnej wiedzy a nie tylko regułek do zapamiętania.
Może bolała mnie dupa po trzech godzinach siedzenia na twardym krzesełku, ale wyszłam z sali z uśmiechem i zadowolona z tego, że jestem tu gdzie jestem. Plan był ciężki, następne kilka tygodni pod rząd będę spędzać na zajęciach i ani myślę o wagarowaniu! Luby stwierdził, że będziemy się teraz mijać więc trzeba jakoś to organizacyjnie ustalić, Może uda nam się czasem wyjść na randkę do miasta albo pozostanie tylko przytulenie się w nocy, o ile nie będą to tygodnie jego nocnych zmian.
Na zajęciach jest trochę pisania, potrzeba też kupić nowe podręczniki i niestety ale zamienić moje ulubione kryminały i thrillery na coś bardziej w temacie reklamy. Czy ubolewam nad tym? Nie, jaram się na samą myśl, że mogę znowu zatracić się w tym. Obserwowanie reklam będzie teraz całkiem inne... No ale po powrocie do domu też trzeba coś zrobić, w sobotę minęliśmy się w Lubym dosłownie w drzwiach - on wychodził do pracy na popołudnie. ' Jak było? Obiad na gazówce, tylko wywieś pranie bo się za niedługo skończy, zadzwonię na przerwie' W niedzielę, gdy wróciłam oboje stwierdziliśmy, że przyda się zakup notebooka dla mnie, bo na jednym to nie robota. Więc wybraliśmy się do sklepu i mam swojego nowego, małego pisacza. Kiedy już minął mi stres związany z pierwszymi zajęciami, zaczął się ten do pierwszego dnia pracy. Ludzie świata ja się chyba zastrzelę. I schudnę ha! Z tego stresu! Ale to minie wiem.
Idąc do pracy powtarzałam sobie w myślach- uśmiech - uśmiech - i tak przetrwałam pierwszych kilka godzin z bananem na gębie. Potem mina mi zrzedła znacznie. Ale wrócę do pierwszej godziny, więc dostałam swoje biurko i wygodne obrotowe krzesło - nie to co ten twardak na zajęciach - i dokumenty do sprawdzania, uzupełniania! Strasznie to było fajne, gdyby nie fakt, że co jakiś czas musiałam zostawiać robotę, by coś przynieść, skserować i tak dalej. A więc normalka na stażu - przynieś, wynieś, pozamiataj. Kiedy robiłam kawę w socjalu, dowiedziałam się, że mnie tutaj nie lubią. Kuźwa - jestem tu kilka godzin i już komuś za skórę zalazłam? Fado, jesteś mistrzynią. Ale do rzeczy, okazało się, że wygryzłam jakąś pannę, która liczyła na dalszy etat. Cóż, sorry. Nie wiem skąd mi się to wzięło, ale tak pięknie odpowiedziałam tym dziewczynom siarczystą ripostą, że szybciej zrobiły sobie te cztery kawy niż ja jedną. Mimo wszystko mina mi zrzędła i było tak aż do momentu wyjścia z pracy, kiedy zobaczyłam przed drzwiami Mag. - Niespodzianka! krzyczała a ja z radości aż podskoczyłam. Napisałam jej wcześniej smsiaka z sytuacją na pokładzie - a ona razem z bąblem postanowiła mnie odebrać z roboty. To było bardzo miłe i nigdy jej nie zapomnę.
To było by na tyle z pierwszych dni rewolucji. Oczy mi pulsują od patrzenia w ekran. Zaraz zrobię kolację, zaplanujemy wspólnie z Lubym jutrzejszy dzień i oddamy się w objęcia morfeusza, no może wcześniej w swoje ale o tym nie zamierzam pisać. To były ciężkie ale podniecające trzy dni nowego życia Fado.
Ciał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Cześć! Dziękuję, że znalazłaś/eś czas by zajrzeć do mnie. Mam nadzieję na kolejne wizyty. Pozdrawiam. Daga